Na maratonie Messiera ani nigdy nie byłem, ani sam do tej pory nie odważyłem się na takie szaleństwo ;) Kiedyś jednak trzeba spróbować - wobec czego uległem namowom Pawła i wspólnie wybraliśmy się pod ciemne niebo na polowanie na M-ki.
Cel naszego wyjazdu - zobaczenie jak największej liczby obiektów z listy długiej na sto dziesięć pozycji - postanowiliśmy zrealizować wybierając lokalizację niepodatną na stan pogody (od zachodu nasuwał się front i chmury): padło na okolice Mrozów, gdzie wprawdzie nie ma widoku do samego horyzontu, ale wobec silnie dmuchającego wiatru (ustał nieco dopiero przed czwartą nad ranem!) uznaliśmy, że nie warto ryzykować na zupełnie otwartej przestrzeni. Pomimo starań, ustawiania aut od nawietrznej i generalnie chowania sprzętu "za" wiatr szarpał za co się da i albo psuł ekspozycje, albo próbował zrzucić oglądany obiekt z pola widzenia (albo - zwyczajnie odbierał ochotę do dalszego siedzenia, bo temperatura odczuwalna różniła się zasadniczo od tej pokazywanej na termometrach). Trwaliśmy jednak dzielnie na posterunkach, czego efektem była niemalże kompletna lista upolowanych obiektów :)
Do sesji przygotowałem kompletną listę obiektów, podzieloną według pory nocy (posiłkowałem się przy tym wzorcem z astromax.com) - co bardzo ułatwiło dostrzeżenie niektórych obiektów (nie ustrzegłem się jednak błędów, o czym za moment). Jako sprzęt wybrałem trzy podstawowe zestawy:
- lornetka 10x40, do wstępnego oglądu i namierzania gwiazd od których wykonywałem starhopping do docelowego obiektu
- lornetka 25x100 do szybkiej obserwacji wybranej "M-ki" - w zasadzie przy tej średnicy obiektywów nic nie stanowiło problemu
- Dobson 320mm - do dokładnego przyjrzenia się strukturom ale i do wycieczki przez pola galaktyk w Pannie / Warkoczu Bereniki
Pomijając dość późne przybycie na miejsce i trudności z podjęciem decyzji, czy wystawiać setup do astrofotografii (ostatecznie z niego zrezygnowałem - zbyt silny wiatr...) - obiekty wieczorne okazały się całkiem wdzięczne do obserwacji. Udało mi się jedynie przeoczyć M74 i M79 - zajęty wstępnym ustawianiem i ściganiem tych Messier'ów, które zmierzały w zachodnią łunę nad Warszawą - jakoś nie dotarło do mnie, że Zając lada moment schowa się za horyzontem a ukryta w Rybach M74 okaże się zbyt rozległa i zbyt słaba, aby po spóźnionym przybyciu przebić się jeszcze przez stołeczną łunę. Wobec obiektów "wczesnego wieczora" spokojnie można je dostrzec nawet w drugiej połowie marca - pod warunkiem, że na miejsce przyjedzie się na tyle wcześnie, aby nie walczyć ze sprzętem i organizacją takiej nocy, tylko zająć się od razu obserwacjami.
Kolejna sekcja listy, opisana jako "Region Lwa i Wielkiej Niedźwiedzicy" (zahaczający zresztą o Warkocz Bereniki i Hydrę) pozwoliło na zapoznanie się z obiektami położonymi bardzo wysoko na nieboskłonie (to zresztą zachęciło mnie do wycelowania Dobsona w każdy z nich - widoki były po prostu super!). Na tym etapie można już było uzupełnić listę o pierwsze dodatkowe obiekty z katalogu NGC - do M-ek dołączyły więc NGC3077 oraz NGC5053 (mniejsza i duuużo ciemniejsza siostra kulki M53 - nawet w tak dużym teleskopie). Do listy obiektów, których nie udało się zobaczyć dołączyła M83 - w naszej miejscówce południowy horyzont był odcięty lasem, a zmontowanego Dobsona nie byłem w stanie przenieść tylko dla tego jednego obiektu - ustawiona "face-on" galaktyka, zwykle fotografowana z okolic równika albo wręcz południowej półkuli - pozostała nieuchwytna...
Ciekawym etapem maratonu okazały się obserwacje obiektów z obszaru "Virgo cluster region" - tu, pomijając znalezienie gwiazdy startowej, niepodzielnie królował Dobson (z okularem 21mm, dający powiększenie około 60x). W zasadzie poza zerknięciem na M87 przez większą lornetkę ograniczyłem się wyłącznie do obserwacji techniką star-hopping, i przechodzenia przez niezliczoną listę dodatkowych obiektów NGC: 4450, 4438, 4473, 4477, 4489, 4474, 4571, 4564, 4567, 4608, 4596, 4535, 4526 (i wiele, wiele innych, których po prostu nie zanotowałem). Dzięki dużej aperturze nie było problemów z dostrzeżeniem obiektów opisanych na liście jako "trudne", a wszystkie obiekty NGC dostrzeżone po drodze nie stanowiły dużego wyzwania. Przyznaję, że gdybym nie dysponował teleskopem o takiej średnicy ten etap obserwacji byłby zdecydowanie trudniejszy. Bardzo dużą pomocą okazała się na tym etapie interaktywna mapa nieba na tablecie, umożliwiająca szybkie zejście do pola widzenia teleskopu (i jego zasięgu). W przyszłości być może spróbuję zamontować na tym sprzęcie inteligentny szukacz (zintegrowany z kamerą), ale to pachnie mi niemalże systemem push-to (jak nie go-to), więc na razie bardziej tradycyjne podejście mi zdecydowanie odpowiadało. Zdecydowanie pomocny był też napęd Dobsona (mojego pomysłu) - nie używałem wprawdzie zbyt często funkcji vector drive (chyba, że przy dużym powiększeniu, z okularem 10mm), ale przemieszczanie teleskopu i wyostrzanie silniczkiem zamiast ręcznie - bajka!
W sekcji "After Midnight" przyszło trochę odpoczynku - bo i obiekty takie jakieś bardziej rozpoznawalne, ale i łatwiejsze do znalezienia. Listę otwierał w tej sekcji M5, póżniej M13, M92... Kółeczko w Lutni (M57), pobliska kulka M56... Czysta przyjemność :) Oczywiście tu jeszcze nie było problemów z widocznością.
Na deser zaserwowano dwie sekcje "Scorpius and Sagittarius Region" i "Early Dawn". O ile ta pierwsza porcja M-ek nie budziła jakichś tam emocji (choć, jak się okazało, daleko nie wszystko dało się zobaczyć!), o tyle ta ostatnia po prostu... pozostała pod horyzontem (i to nie za drzewami, tylko typowo jak na tę porę roku - wcale się nie wzniosła nad horyzont... Bardzo duże znaczenie odgrywała ekstynkcja atmosferyczna - wszystkie obiekty z obszaru Strzelca, Tarczy Sobieskiego, Orła były jakieś takie "niemrawe" - Laguna zamiast wypalać (no, może nie oczy, ale obrazy ;) ), była ledwie rozpoznawalna, pozostałe mgławice - też jakieś takie przygaszone. Tylko kulki stanęły na wysokości zadania - M28, M22 i M15 (bo te pojawiły się na niebie). Pod horyzontem pozostała całkiem pokaźna grupa - M69, M70, M54, M55, M75, M2 (na horyzoncie, ale było już za jasno), M72, M73, M30, a także ... M6 i M7! Będzie co "dopatrzyć" przy najbliższej wizualnej okazji :)
Wraz z nastającym świtem zwinęliśmy nasze teleskopy i pojechaliśmy do domu. Niestety. wygląda również na to, że była to ostatnia wyprawa w to miejsce - tuż obok rozpoczęła się właśnie budowa... A jak budowa - to światło też być musi :( W czasie naszego powrotu zapalone całą noc latarnie gasły dokładnie w najtrudniejszym dla kierowców momencie - w porannej szarówce, gdzie ruch już się rozpoczyna a jeszcze nie wszystko widać. Ciekawa filozofia.
Dodatkowe wnioski po sesji: należy przymocować sterownik i akumulator do podstawy Dobsona, ponieważ potykanie się o własny sprzęt w nocy w czasie obserwacji może tę ostatnią zwyczajnie... zakończyć (jak coś się połamie albo urwie)...
Poniżej foteczka checklist'y z tej nocy :)
