Spodziewana po flarze X1.9 zorza może nie pojawiła się jak w zegarku (związany z nią CME był niezwykle szybki), ale została przeze mnie totalnie przegapiona :( Zamieszczone w sieci zdjęcia zmobilizowały mnie (i mojego przyjaciela Pawła też!) do szybkiego przeglądu wieczornego nieba na północy - a dostrzeżona tam ledwie widoczna zielona (co ważne) poświata zaowocowała szybką wyprawą pod Mrozy.
Z początku nawet było coś widać (nad samym horyzontem utrzymywała się słabo dostrzegalna zielona poświata), ale później - nic. Ani wizualnie ani nawet fotograficznie - staraliśmy się robić dobre miny, ale zabawa w uchwycenie zorzy wyraźnie nie chciała się udać. Przez ponad dwie godziny zbierałem dzielnie materiał na "szerokiego Oriona" - coś, co dwie noce wcześniej zupełnie się nie powiodło, bo obiektywem otwartym na F1.4 ciężko jest mówić o nawet zbliżonych do plamek obrazach gwiazd - i czekałem cierpliwie na jakąkolwiek zmianę na północnym nieboskłonie.
Trud ten (a w zasadzie - cierpliwość) się ostatecznie opłacił, ponieważ przed północą zorza powróciła (na około 20 minut):

Z początku nieśmiało wypełzła znad horyzontu, prezentując jeden, później dwa świetlne słupy, następnie rozbudowała się ku wyraźnej czerwieni (widocznej pierwotnie słabo, ale jednak w kolorze), nabrała struktur, wigoru i typowej sekundowej zmienności - no i dała się sfotografować. Postaram się dorobić animację tej przemiany - bo jest na co popatrzeć. Wprawdzie nie był to "show" z 24h wstecz, ale i tak widowisko było cudowne! Na sam koniec wydarzyły się dwie rzeczy - niemalże równocześnie zorza rozlała się delikatnym światłem na ponad połowę nieboskłonu i wygasła, a z północnego zachodu przypełzła mgiełka - kończąc tym samym naszą wspólną sesję. Naprawdę piękne to było widowisko :)